Wspomnienia polskiego biathlonu. Wojciech Kozub

Miałem talent, ale karieręzakończyłem wcześnie i wyjechałem do USA
- Karierę zakończyłemprzedwcześnie – przyznaje po latach Wojciech Kozub. To jeden znajwiększych talentów, jaki pojawił się w przeszłości w polskimbiathlonie. Dziś kibice na pewno pamiętają go jednak z czasubardzo dobrego dla męskiej reprezentacji. Medale zdobywał bowiem wdrużynie, ale i indywidualnie. Teraz mieszka w Stanach Zjednoczonychi buduje domy.
Wojciech Kozub na światprzyszedł w 1976 roku. W niewielkiej miejscowości Ratułów wgminie Czarnych Dunajec. Nic zatem dziwnego, że na nartach biegaćzaczął wcześnie. Pierwsze zawody, które pamięta, to z czasuszóstej klasy podstawówki. - To były zawody Ligi Szkolnej podWielką Krokwią w Zakopanem. Już wtedy dostrzegli, że mam do tegosmykałkę – wspomina z uśmiechem, bo zajął wtedy czwartemiejsce. - Biegaliśmy wtedy stylem klasycznym i rywalizowało się,jak dzisiaj w łyżwiarstwie szybkim – w parach. Trafiłem narywala, który wcześniej już próbował swoich sił i dałem sobieradę świetnie.
Dziś Wojciech Kozub pamięta,jak do szkoły przyszedł trener z Wojskowego Klubu Sportowego LegiaZakopane i zaczął namawiać go, aby spróbował swoich sił wbiathlonie. Nie trzeba było używać zbyt wielu argumentów –zgodził się. - Trener przekonał mnie, bo powiedział, że wbiathlonie biega się w pojedynkę i będzie to lepsza rywalizacja –zdradza. Wkrótce po tym wydarzeniu zdecydował się na biathlon. - Apamiętam jeszcze, że kiedyś mój kuzyn uprawiał ten sport i nawetoglądałem zawody w Ruhpolding. Wtedy pytałem, co jest sport –opowiada późniejszy profesjonalista w tej dziedzinie.
Początki łatwe jednak nie były.- Byłem chłopakiem ze wsi, trzeba było z domu dotrzeć na obozy. Wtych zgrupowaniach udział brali już chłopaki, którzy bylibardziej doświadczeni. Nie dawałem jednak za wygraną. Zaciskałemzęby i brałem się do pracy. Już podczas pierwszych zawodówpokazywałem, że nie będę chłopcem do bicia – opisuje swójzapał po latach Kozub. I przypomina, że po pierwszych miesiącachtreningów zdecydował się na Szkołę Mistrzostwa Sportowego. Tamjuż mógł łączyć naukę z treningami. A jego talent kwitłstopniowo, krok po kroku. Najpierw na arenie krajowej. Kiedy byłjuniorem młodszym, już plasował się w czołowej dziesiątce wkraju. Podczas Mistrzostw Polski wśród swoich rówieśników jużstawał na podium. - Wygraliśmy nawet bieg drużynowy, a ja byłemczwarty i drugi indywidualnie – chwali się dzisiaj. Rok późniejjuż wygrywał w tej kategorii niemal każde zawody.
Jako junior nie zwalniał tempa.W kraju był jednym z najlepszych, ale swoje możliwości pokazywałjuż światu. Pierwszy ważny sukces osiągnął podczasOlimpijskiego Festiwalu Młodzieży Europy. Razem z kolegą i dwomakoleżanki pojechali do włoskiej Aosty. Była to pierwsza w historiitaka impreza. - I zdobyłem wówczas brązowy medal. Już wiedziałem,że będę ten sport uprawiał – przypomina sobie Kozub. Chwilępóźniej dojrzał go już legendarny trener – AleksanderWierietielny. - Nigdy nie zapomnę współpracy z tym trenerem. Byłprofesjonalistą w każdym calu – chociaż przypomina sobie, że napoczątku był to surowy człowiek. - Dopiero, gdy z nami trochępopracował, to śmiechem, nieco się to rozluźniło – pamięta.Wierietielny poświęcał mu jednak dużo czasu. Nawet w wolne dninawoływał, aby udawał się na dodatkowe treningi strzeleckie. -Miałem z tym problem – przypomina sobie. Trener jednak mocno wniego wierzył. - Była taka jedna konferencja prasowa w Warszawie.Wtedy było kilka miesięcy po złotym medalu Tomasza Sikory namistrzostwach świata seniorów. Wierietelny pytano o to, na co staćjego drużynę, nagle wskazał na mnie, jako pretendenta do medali –przytacza dziś Wojciech Kozub.
Aleksander Wierietielny nierzucał jednak słów na wiatr. Wojciech Kozub pojechał namistrzostwa świata juniorów do Lahti. I nie zapomni tego nigdy. -Po cichu jechałem tam z myślą, że powalczę o medale –przyznaje. Wiedział jednak, że w sporcie niczego nie ma jednakpewności, póki ostatni zawodnik nie przekroczy linii mety. - Miałemjednak szczęście, że trenowałem już wtedy z kadrą seniorów idzięki temu osiągnąłem sukces. I trudno nie uznać, że jego dwabrązowe medale, były czymś naprawdę wyjątkowym. Wszystko todziało się w 1996 roku. W czasach wcale niełatwych. - Brakowałonam sprzętu i środków na szkolenie – wspomina. Dodaje jednak, żesytuacja w jego okresie i tak stawała się lepsza, bo poprzednicyprzecierali szlaki. - Mieliśmy znakomitą ekipę chłopaków,dlatego zaczęliśmy się liczyć także w rywalizacji zespołowej –podkreśla.
W 1997 roku okazało się, żeKozub dobrze wiedział, o czym mówi. Podczas mistrzostw światarazem z Wiesławem Ziemianinem, Janem Ziemianinem i Tomaszem Sikorą,wywalczyli brązowy medal czempionatu globu w biegu drużynowym. Tobył ostatni raz, kiedy rozgrywano tę konkurencję podczasnajważniejsze imprezy w biathlonie. A dla Wojciecha Kozuba pierwszyi ostatni medal mistrzostw świata. - To była trochę niespodzianka,ale jeśli spojrzeć na to, jaką ekipą dysponowaliśmy, to na pewnobyliśmy najrówniejsi. Po strzelaniu zajmowaliśmy piąte miejsce, askończyliśmy o dwie lokaty wyżej. I wykorzystaliśmy swoją szansę– uważa. Rok później podczas jego debiutu na igrzyskaolimpijskich, też miał się z czego cieszyć. Ta sama ekipa wNagano – już w sztafecie – zajęła piąte miejsce. - Przedsztafetą wzięlibyśmy to w ciemno – śmieje się teraz. Iwskazuje, że wszystko wtedy miało zależeć od pierwszej zmiany. -Jeśli Wiesław Ziemianin nie zawalił strzelania, to mogliśmyliczyć na dobry wynik – opisuje. I w Japonii tak było. Dobrzespisał się też Sikora i Jan Ziemianin. - Mnie zostało to, jakojuniorowi nadal, po prostu utrzymać. Udało się, chociaż biegli zemną na ostatniej zmianie naprawdę świetni zawodnicy. Wydawałosię, że nie mamy szans na to piąte miejsce. Czułem się jednakświetny w biegu i dowiozłem to – cieszy się do dziś.
Indywidualnie w Nagano teżspisał się dobrze. W swoim debiucie zajął 23. miejsce w sprincie.- I to mimo trzech karnych rund - zaznacza. Tuzy sportu, jak SvenFischer, z takim samym wynikiem na strzelnicy, uplasował się zanim. Kozub był po prostu znakomitym biegaczem. Problemy miał zestrzelaniem. Mimo to potrafił osiągać naprawdę znakomite wyniki.Nadszedł jednak gorszy czas. Zaraz po jego pierwszych igrzyskach. -Nadeszły zmiany szkoleniowe. Odszedł Aleksander Wierietielny.Mieliśmy co roku innego trenera – przytacza z pamięci Kozub. Wkadrze każdy miewał przebłyski w zawodach Pucharu Świata.Brakowało jednak stabilizacji. Polska sztafeta w czołowejdziesiątce z Kozubem w składzie znalazła się później tylko raz.W 2001 roku w Pokljuce. Rok później w Salt Lake City podczasigrzysk było miejsce dziewiąte. Chociaż Wojciech liczył nawięcej. - Mieliśmy znowu równą ekipę. Po odejściu JanaZiemianina dołączył Krzysztof Topór i czułem, że możemy zrobićlepszy wynik – szczerze mówi, dodając, że mieli wtedy nienajlepsze warunki. Musieli bowiem jednak mieszkać niżej, niżodbywały się zawody. Soldier Hollow, gdzie rywalizowalibiathloniści, jest położone na dużej wysokości. - Zatykało nas– pamięta. A do tego doszła jeszcze konieczność podróży zhotelu, która zajmowała prawie godzinę. - Myślę, że mogli namto lepiej zorganizować – wskazuje.
Po sezonie olimpijskim trzykrotnymedalista mistrzostw Europy nagle postanowił zakończyć karierę.Ktoś mógłby pomyśleć, że wszystkiemu winne były nieco gorszewyniki. Nic bardziej mylnego. Wciąż bowiem czuł, że możeosiągnąć jeszcze wiele. Pojawiły się jednak komplikacje, wwyniku których został bez klubu. - Chciałem po sezonie wystartowaćw mistrzostwach Polski, ale działacze powiedzieli, że mogęprzyjechać, ale skoro nie mam klubu, to nawet, jeśli stanę napodium, to medalu nie dostanę. Nie zamierzałem udowadniać nikomu,że stać mnie na dużo – jasno opisuje Kozub. Później żałował,bo jak relacjonuje dzisiaj, zarząd za słabe wyniki obwinił tylkozawodników. - Ja byłem takim człowiekiem, który wtedy by toodrzucił. Miałem charakter – zapewnia. Dziś mówi jednak, żenie ma do nikogo pretensji. Rok później był jeszcze namawiany, abywrócił. Rozmawiał z nim prezes Krzysztof Lewicki, ale namawiałteż Tomasz Sikora. - Wyjechałem już wtedy do Stanów Zjednoczonych– i mieszka tam do dziś. Nie chciał ryzykować, bo zacząłukładać sobie tam życie. - Tomek mówił, że przyszedł z Ukrainytrener Roman Bondaruk. Pojawił się lepszy sprzęt… ale nie byłosponsora. Zbyt wiele bym ryzykował – opowiada były biathlonista.
W USA Kozub zamieszkał nie sam.Pod koniec lat 90-tych ubiegłego wieku ożenił się bowiem z HalinąPitoń – pierwszą mistrzynią Europy w żeńskim biathlonie wnaszym kraju. - Można powiedzieć, że biathlon prócz medali,przyniósł mi miłość życia. I za to jestem wdzięczny –wyznaje. Razem mieszkają na przedmieściach Chicago. Zajmuje siębranżą budowlaną. Założył firmę i oferuje usługi przebudowy.- Tak próbuję przeżyć za oceanem – opowiada jeden znajwiększych talentów w polskim biathlonie. - Wciąż tęsknię zamoim krajem i mam nadzieję, że po wielu latach kiedyś uda mi siędo niego wrócić – kończy Wojciech Kozub.
Wspomnienie ukazało się w publikacji pt. "Każdy strzał przybliża nas do celu", wydanej z okazji 40-lecia PZBiath.
fot. Archiwum prywatne Wojciecha Kozuba



